Nigdy nie udawałem, że Marian z Wołomina to, że tak powiem, „moje dziecko”. Jest on ewidentnie nieślubnym synem Walerego Wątróbki, który przed wojną pisywał do prasy używając do tego celu pióra Stefana Wiecheckiego, czyli Wiecha.

Raz nareszcie my górą. I możem całemu światu zaimponować. Bo to że w Indiach podobnież ziemia się trzęsie, jak garaleta, to stara rzecz i nikomu się tem oka nie otworzy. Takżesamo z tem wężem morskiem w Szkocji. W końcu okazało się że to lipa, wykompinowana przez tamtejszych knajpiarzy i numerowych z hoteli, żeby się frajery nad tę sadzawkie zjeżdżali, gdzie poniekąd ten ów wąż miał zamieszkiwać. Ale się granda wydała i teraz może dojść tam do poważnego mordobicia. Ale u nas faktycznie cud się taki odbył, że wszystkie trzęsienia ziemi, francuskie kanty z biżuterią, morskie smoki i insza zwierzyna nienaturalnej wielkości, to pętaki śmiechu warte. No bo proszę, ja kogo, okazało się, że mamy ruchome miasto.Tak jest! Słowo uczciwości — mamy! Cale miasto z domami, ze sklepami i Żydami w tych sklepach jednego dnia pojechało sobie o cały kilometr dalej, jak dziecinny wózek z ceratową budką, kopnięty w ośkie. I co najważniejsze nikt o tem nie wiedział. Ludzie sobie najspokojniej spali i nic spodziewali się wcale, że miasto dało dęba. Dopiero na stacji kolejowej
wszystko się wydało, jak jem ka zali drożej płacić za bilet do Warszawy.

To miasto się nazywa Wołomin.

Dawniej kasa pobierała należność za 18 kilometrów, a od 1 stycznia żąda za dziewiętnaście. Znakiem tego jasny dowód, że Wołomin jest ruchomy i posuwa się w stronę Wilna.

Ostatecznie kilometr nie odległość, a 10 groszy nie majątek, ale skoro jeżeli, co rok będzie ganiało dalei i dalej, to koniec końcem proszę ja kogo znajdzie się za Wilnem. A trzeba państwu
wiedzieć, że w Wołominie mieszka dużo narodu pracującego w Warszawie, to się może wytworzyć tego rodzaju sytuacja, że faceci będą 14 godzin do roboty jechali. Więc pytam się kiedy będą mieli czas spać, jeść i kodeks małżeński uskuteczniać?

Ale swojem porządkiem rzadkość jest duża i niema o czem gadać.

Albo gdzie proszę państwa znajdzie się taki policjant juk w naszych Brzezinach pod Łodzią. Na własnej żonie podobnież protokół zestawił, że kupiła w niedziele szynkie i pieczywo w jednem sklepie od tylu. Sprawa poszła pod sąd i kobita za pomocą własnego męża dostała 5 dni młyna.

Wszyscy się dziwili, i za złe mu to mieli, a ja chłopa rozumiem. Sam bym nie inaczej zrobił. Ale nic na tak krótko. Conajmarniej miesiąca bym żądał.

Chociaż i 5 dni bez Gieni to duża przyjemność…

Dzień Dobry R.4, nr 28 (28 stycznia 1934)