Rzuciłem się na drugą część kryminalnych historii duetu Hjorth/Rosenfeldt od razu po Ciemnych sekretach a u mnie to naprawdę duży komplement… Nie zawiodłem się pod żadnym względem!

Wszystko tu jest na swoim miejscu: tempo fabuły i napięcie rosną z każdym rozdziałem, bohaterowie nabierają wyrazistości w miarę odsłaniania kolejnych epizodów z ich życiorysów, Sebastian Bergman za to odsłania przed czytelnikami „miękkie podbrzusze”, rozpaczliwie próbując ukryć je przed całym światem. Nie jest to wcale łatwe – jego osoba łączy kolejne ofiary seryjnego mordercy. Każdy szczegół makabrycznych zbrodni, których ofiarami padają kobiety wskazuje na Edwarda Hinde – niezwykle inteligentnego psychopatę, o którym Bergman napisał swoją pierwszą książkę. Sprawa byłaby prosta do rozwiązania gdyby nie to, że… Hinde od lat siedzi w więzieniu.

Ta historia to kryminalny majstersztyk i narracyjne mistrzostwo. Dzięki perfekcyjnej równowadze między osobistymi rozterkami i życiem prywatnym bohaterów pierwszego i drugiego planu przenikającymi się i splatającymi z licznymi wątkami skomplikowanego śledztwa autorzy trzymają uwagę czytelnika w nieustającym napięciu. To zdarza się również innym pisarzom, ale najczęściej stopień skomplikowania takich historii staje się męką dla czytelników. Przepisem na kryminał okazuje się wtedy znany cytat z Króla Juliana: Prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu! Hjorth i Rosenfeldt mają jakiś inną, tajemniczą recepturę na bestseller – bo z pewnością nie jest to sprawka „przypraw” do tego wybornego dania.

Swoją drogą – naprawdę jestem strasznie ciekaw, jak wygląda w ich wykonaniu praca nad kryminałem?