Nieufnie podchodzę do autobiografii – mało kto chyba jest wstanie oprzeć się pokusie przedstawiania siebie samego w jak najlepszym świetle, mętnego tłumaczenia się z popełnionych w życiu głupot, wtykania szpilek rywalom. Keithowi Richardsowi się udało.

Widać od razu, że to gość o „radiowej urodzie”. Tegoroczny żarcik zainspirowany literackim Noblem dla Dylana mówi, że Richardsowi należy się również – z chemii. Wiele osób, którym wspominałem, że wciągnęła mnie ta autobiografia mówiło: Autobiografia…? Chyba koledzy mu połowę opowiedzieli! Krążą legendy o zdemolowanych przez niego hotelowych pokojach, tonach koksu i tysiącach kobiet, które przewinęły się przez jego sypialnię. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności poznania tej historii! Miałem jeszcze dwa dodatkowe powody: zawsze stawiałem Stonesów ponad Beatlesów i… dorwałem audiobooka, którego czytał Jan Peszek. Kumulacja!

Wspaniale słucha się wspomnień z wczesnego dzieciństwa, rodzinnych historyjek i anegdot, wrażeń z pierwszych muzycznych doświadczeń. Już po pierwszej godzinie żałowałem, że to nie ebook czy tradycyjna książka – miałem ochotę wynotowywać sobie fragmenty, w których Richards lakonicznie i cynicznie, ale trafnie komentował swoje młodzieńcze decyzje i ich konsekwencje. O trudnych sprawach mówi bez ogródek, równie szczegółowo opisuje wzloty, jak i upadki, których doświadczył przez kilkadziesiąt lat intensywnego życia „w trasie”. Szczerze mówi o swoich trudnych relacjach z Mickiem Jaggerem, o słabości do używek wszelkiej maści, kłopotach z prawem i kobietami i chyba właśnie dzięki tej szczerości można mu wszystko wybaczyć…

Najważniejsza w życiu Keefa była i wciąż jest muzyka – i ona jest również najistotniejsza w tej autobiografii. Dziesiątki nazwisk mniej lub bardziej znanych muzyków, którzy go inspirowali i z którymi współpracował to „praca domowa” do odrobienia w ciągu wielu godzin szperania po Sieci, mnóstwo muzycznych perełek do odkrycia. Rockowych purystów zapewne zadziwi atencja, z jaką Richards wypowiada się o wielu muzykach związanych z bluesem, gospel, bluegrassem, country czy reggae. Swoją drogą – jamajski epizod w tej książce jest dla mnie o tyle intrygujący, że jednocześnie czytam Krótką historię siedmiu zabójstw Marlona Jamesa, laureata Nagrody Bookera 2015, w której Richards jest wspominany…

Życie nie jest literackim arcydziełem, ale Keith Richards nie jest przecież pisarzem… Nieco chaotyczna narracja, liczne wtrącenia relacji innych osób, skupianie się na pozornie nieistotnych, zupełnie pozamuzycznych tematach mogą nieco męczyć, ale czy wolałbym brnąć przez chronologiczną relację z setek koncertów i dni spędzonych w studiach nagraniowych? Raczej nie… Za to mam coraz większą ochotę na spojrzenie na historię Rolling Stones oczami Jaggera. Może Mick. Szalone życie i geniusz Jaggera Christophera Andersena załatwi sprawę?